Funreal Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Na czas dowiedzieć się o naszych imprezach, larpach i spotkaniach? Napiszemy do Ciebie, po to właśnie mamy newsletter.

Imię:

Email:

Relacja z konwentu Hardkon X - "od środy do końca"

Wpisany przez Vino / wtorek, 10 sierpnia 2010 18:07

W tym roku miało mnie nie być na Hardkonie z powodu pewnego długo planowanego wyjazdu, który na szczęście się przesunął i tym sposobem znalazłem się we wtorek wieczorem na "Alasce". Cholernie żałuję, że nie zdążyłem na punkty programu robione od soboty m. in. przez Wielosfer czy też Shamana. Szkoda też, że nie było mnie od początku, bo jak uczy praktyka terenówki o wiele łatwiej organizować w pierwszej połowie konwentu, ponieważ im bliżej końca, tym bardziej "postępująca integracja" daje ludziom w kość.

Gdy zatem przyjechałem we wtorek wieczorem, wszyscy byli padnięci po całodniowym LARPowaniu od 11 rano do północy. Byłem pod wrażeniem wytrzymałości larpmasterów i graczy. We wcześniejsze dni odbyło się kilka innych LARPów, więc śmiało można powiedzieć, że pod tym względem było co robić. Niestety w pierwszy weekend nie poszedł kultowy CTF. A szkoda, bo potem uczestnicy ze względu na siły stwierdzili, że nie dadzą rady.
W środę pobudka przeciągnęła się dość znacznie (gdzieś w granice 13:30), ale udało się mi puścić jajcarsko-historyczną terenówkę "Stan Wojenny" polegającą na prowadzeniu wojny na wyniszczenie między 2 dzielnicami Warszawy. Surowcami były oczywiście wędliny, pralki, suszarki, odbiorniki telewizyjne itp. Miały również miejsce warsztaty szermiercze. Potem poszedł LARP "Ulewa" przemianowany na "Mżawkę" gdyż z bazowych 60 ról grało jedynie 30. Ale i tak było ciekawie, mechanika zapałkowa Owcy moim zdaniem ma potencjał rozwojowy. W toku gry m.in. skradziono święty młot Sigmara, a na jego miejsce Slaneshowcy położyli "Złotą Pizdę". W opowieści przeważyły siły chaosu. Potem miała miejsce impreza integracyjna z resztą ekip z Alaski, która potrwała do 7 rano.

Czwartek w związku z tym był "rest dayem". Nie było sił na nic wielkiego, więc cały dzień upłynął na regeneracji, wypadach nad jezioro (i paraterenówka w wodzie) i ogólnym czilowaniu. Gdy proponowałem jakąś aktywność fizyczną (a chciałem puścić terenówkę "Bardzo Dziki Zachód") zniszczeni hardkonowcy myśleli, że żartuję i prosili, abym mówił ciszej, bo głowa bardzo boli. W związku z charakterem dnia, wieczorem zorganizowano wieczorek filmowy z wyświetlanymi filmami: Fido, Deviants i Astropia. Naprawdę dobre zestawienie.

W piątek zregenerowani harkonowcy ruszyli na premierę gry terenowej "Ramówka". Zagrało 5 teamów: Drużyna A, 4 pancerni, Muminki, Gumisie i Telezakupy Mango. Chodziło o bezlitosną walkę o oglądalność i bloki godzinowe na odpowiednich kanałach. Najkrwawsze żniwo, jak można się domyśleć - zebrała Buka zabijając podczas jednego przyzwania wszystkich graczy na mapce. Wgrała jednak Dryżyna A, 2 miejsce trafiło do 4 pancernych w kartonowym "Rudym 102". W piątek miał też miejsce 30+ osobowy LARP Anatemy "Suma wszystkich strachów". Brałem w nim udział i oceniam naprawdę go pozytywnie. Na koniec doszło do takiej apokalipsy, że przetrwały nieliczne społeczności, a najsilniejszymi frakcjami ocalałymi na Ziemii okazał się sojusz Liberii z Japońsko-Amerykańską korporacją oraz pewien Filantrop-psychopata chcący stworzyć nowe społeczeństwo.
Wieczorem rozpoczął się prolog gry głównej w klimatach Monastyru. Bardzo klimatyczne przebrania i fajny wystrój naprawdę zachęciły mnie do gry. Prolog był dość krótki, jednak wydarzyło się wiele. Prawie doszło do waśni między rodami panny młodej i pana młodego. Mari - Opat zakonu Tropicieli Cimności - poprowadził zaręczyny w klimatach stypowych, jednak następnego dnia dał radę, nie dożywając jednak zakończenia opowieści.

Sobota minęła całkowicie pod znakiem Gry głównej, która wystartowała o 12 i nieprzerwanie trwała do 20. Było mało walki wręcz i dużo walki politycznej. Sam byłem więziony 3 razy, ale za każdym razem udawało mi się wyjść z opresji. Do ślubu będącego przyczyną zjazdu odgrywanych przez nas osobistości nie doszło - pan młody zbiegł bojąc się oskarżeń związanych z hulaszczymi wyczynami w Zamtuzie, rodzina pana młodego była do tego skrycie oskarżana o czarostwo. Co najważniejsze dokonano zamachu stanu ustanawiając nowego papieża z prawowitej linii i przenosząc tron papieski do Kary. Dzięki zabiegom dyplomatycznym zamach stanu mający oczywiście prawne podłoże poparła Agaria. Podczas gry gruchnęła informacja, że do opactwa zbliża się armia Valdoru, która wdarła się w szaleńczym ataku w głąb Kary. Niedoszły orszak weselny wycofał się za miasto, by przygotować się podróży i ucieczki. W budynku luksusowego burdelu, gdzie jeszcze nie opadł zapach tytoniu z fajki wodnej nastąpiła restytucja prawowitej linii papieskiej. Nowy papież urzędował prze ok. 10 minut po czym padł ofiarą straszliwego demona przywołanego w rytuale przygotowywanym przez całą grę. Trzeba zaznaczyć, że bardzo niewiele dzieliło nas od totalnej zmiany w świecie Monastyru, wystarczyłoby jedynie, by biskup mający zostać papieżem nie nałożył rąk w geście błogosławieństwa na jednego z sługusów mroku....

Pomimo potężnego okrojenia osobowego (z 60+ ról do 30+), gra moim zdaniem była bardzo dobra. Powinna mieć podtytuł "kurwy wędrowniczki" ze względu na niebywałą rolę kurtyzan, które miały spory wkład w fabułę. Ciekawym faktem jest, że rytuał sił zła, który paradoksalnie ocalił dotychczasowe papiestwo i uchronił Dominium przed schizmą oraz wojną religijną pochodził z gry głównej prowadzonej na Hardkonie 2008.

W sobotni wieczór miała miejsce impreza pożegnalna, również potrwała do rana. Niedziela to już tylko smutne pakowanie, sortowanie, pożegnania i ostatnia terenówka w "Bang!" znana też pod hasłem "pif-paf". Miejsce hardkonowców przy stołach w gospodzie zajęli zimni stratedzy z obozu gry Go, a nam pozostał powrót do szarej rzeczywistości.