Funreal Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Na czas dowiedzieć się o naszych imprezach, larpach i spotkaniach? Napiszemy do Ciebie, po to właśnie mamy newsletter.

Imię:

Email:

Relacja z Puckonu 2008

Wpisany przez Fenran / czwartek, 04 lutego 2010 11:07

PUCKON 2009 - Rewolucja Stabilizacyjna

Są takie konwenty, które nie zapisują się złotymi zgłoskami na ogólnopolskiej mapie konwentów. Te konwenty dzielą się na dwa rodzaje - niewarte wzmianki i te niedoceniane. Puckon 2008 zdecydowanie należał do niedocenianych, a przy tym jednym z najlepszych konwentów, jakie kiedykolwiek odwiedziłem. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak powinien wyglądać Prawdziwy Konwent - przeczytaj dalej. Jeśli relacja Cię zaciekawi, zapewne interesująca będzie także wieść, że ta sama ekipa robi w te wakacje jeszcze jedną imprezę o podobnym charakterze - ale o tym już na końcu notki.


Puckon 2008 - geneza


Puckony odbywały się już wcześniej - w latach 2004, 2005 i 2006. Za każdym razem wnosiły coś nowego do organizacji konwentów i za każdym razem mówiło się o nich mniej, niż powinno. Wbrew nazwie, tylko pierwszy z nich odbywał się Pucku, pozostałe konsekwentnie zbliżały się do Trójmiasta - obecnie odbywają się z Żelistrzewie, zaledwie pół godziny pociągiem od Gdyni.

Na początku roku dość głośno reklamował się TrójKONt, zapowiadając dobry program i dużo zabawy w dość ubogim konwentowo Trójmieście. Mieszkańcy Gdyni, Gdańska i Sopotu zacierali łapki w oczekiwaniu na trzy dni dobrej zabawy, aż nagle trachnęła wieść, że TrójKONt się nie odbędzie - problemy organizacyjne, wewnętrzne spięcia, trudności logistyczne, wszystko razem wzięte spowodowało, że impreza została odwołana.
Co robi zwyczajny fandom w takiej sytuacji? Załamuje ręce, szuka winnego, przechodzi z tym faktem do porządku dziennego.
Co robi Trójmiejski fandom? Zaciera ręce, zakasa rękawy i mówi "Nie ma trójKONtu, to będzie coś innego". I tak narodził się Puckon 2008.
Mieszkańcom Trójmiasta nie trzeba było dwa razy powtarzać zaproszenia. Plecaki na plecy, karimaty pod pachy i hajda na Żelistrzewo, aby uczestniczyć w konwencie o klimatach rewolucyjno-stabilizacyjnych.

Konwent od samego początku miał dość wąską grupę odbiorców. Organizatorzy mówili jasno "Jeśli nie lubisz dobrze się bawić, integrować z ludźmi, wolisz marudzić, niż działać, to nie przyjeżdzaj". Zaowocowało to tym, że na imprezę przyjechali tylko ci, którzy zabawę naprawdę lubili, i to w dużej mierze przełożyło się na cudowną atmosferę konwentu. Drugą świetną cechą był brak podziałów na uczestników i organizatorów - wszyscy bawili się wspólnie, podziału nie było żadnego, nie było typowego dla ogólnopolskich konwentów podziałów "sławni - nieznani". Za akredytacje wszyscy płacili jednakowo - i ci, którzy tylko się bawili, i ci, którzy robili program. Nikt nie narzekał na to rozwiązanie, a programu było dość na całe trzy dni, i to w najlepszym jakościowo gatunku. Wspomnę tylko o paru atrakcjach:


LARP "7"


Co robi się, gdy na zwyczajnym larpie jest scena na uczcie? Udaje się, że się je, podnosi do ust nieistniejące potrawy, chwali gospodarzy za nieistniejące rozkosze podniebienia. Jak to wygląda na Puckonie? Stół, na którym odbywa się uczta ugina się od jedzenia. Makaron, kurczak, barszcz, owoce, wszystko, o czym marzyć mogą głodni konwentowicze na grze wyobraźni. Cudowna rzecz. Ogromne gratulacje dla organizatorów, którzy się niezwykle postarali i wykosztowali. Oczywiście uczta nie była jedynym motywem larpa - fabuła dotyczyła Sodomy i Gomory, które jakimś cudem przeżyły do naszych czasów, a rolą graczy było zadecydowanie o winie bądź jej niewinności ich władców. Zabawa była przednia, scenografia pierwsza klasa (na ten larp przeznaczone były trzy w pełni urządzone sale), wspaniała gra aktorska NPCów, rekwizyty - wszystko złożyło się na cudowność tego LARPa. Ostatecznie Sodoma i Gomora została na wieki pogrążona, a jej mieszkańcy straceni, a wszystko przez to, że wśród graczy nie znalazł się nikt na tyle sprawiedliwy, aby ocalić miasto. Fabuła godna książki pierwszej klasy plus klimat razem złożyło się na niezwykła zabawę.


LARP "Aliens versus Marines"


Co robi się na zwykłym konwencie, kiedy główny punkt programu - duża gra terenowa - zostaje odwołany z powodu kiepskiej pogody, złych warunków, lub ogólnie niesprzyjającej aury?
Przepraszająco rozkłada się ręce, mówi "nic się nie da zrobić" i zostawia uczestników samych sobie.

A na Puckonie?

Na Puckonie organizatorzy siadają do stołu, aby w półtorej godziny wymyśleć program zastępczy. Zaktywizowani zostają wszyscy uczestnicy (nikt, nie licząc jednej osoby, która przespała zabawę, nie pozostał bierny), dzieli się ich na dwie grupy - Obcych oraz dzielnych żołnierzy Marines - cała szkoła zostaje wygaszona i zaczyna się niezwykła zabawa.
Wyobraźcie sobie ten klimat - początkowo wszyscy Marines siedzą w szatni, symulującej pojazd kosmiczny, a następnie zostają zrzuceni w spowitą w ciemność bazie, gdzie czają się nieprzyjazne bestie. Mają za zadanie zdobyć trzy materiały wybuchowe i zdeponować je w leżu Obcych. Każdy dostaje broń, ograniczoną ilość amunicji, oraz światło chemiczne, a następnie krąży po korytarzach i salach, szukając apteczek, amunicji i ładunków właśnie. Powiem tylko, że było niesamowicie. Jako że uczestników było dużo, było więcej walki niż skradania - a klimat był prawdziwie wojenny. Obcy wyskakiwali z każdego zakamarka, Marines padali jeden po drugim, rażeni pazurami kosmitów, ale szli dzielnie do przodu, walcząc o każdy metr korytarza. Zewsząd dobiegają syki Obcych i jęki rannych, a także dźwięk policyjnej syreny. Co chwila ktoś niesie rannego do bazy na leczenie, co chwila rozlegają się wrzaski "brakuje mi amunicji!". Są też piękne momenty pełne napięcia, kiedy dwóch - trzech marinów wchodzi do ciemnej, cichej sali. Słychać każde uderzenie serca, nie wiadomo, skąd zaraz wyskoczą Obcy. Były takie chwile, że miałem sucho w gardle, a kiedy spod stołu wyskoczył na mnie przeciwnik prawie zszedłem na zawał. Po prostu cudowny larp. Aż trudno uwierzyć, że był punktem zastępczym przygotowanym w półtorej godziny.


Worms


To już klasyka na Puckonach. Widok ludzi tarzających się po ziemi w workach na śmieci jest bezcenny. Organizatorzy postarali się o mnogość broni oraz urozmaiconą arenę gry. Wormsy znacznie lepsze, niż komputerowe!


CTF: Capture the Flag


Kolejny klasyczny punkt Puckonów. Noc. Las. Cztery bazy pełne flag. Dostępu do każdej bazy broni szereg strażników. I ja jako atakujący, kitrający się wśród krzewów, zastanawiając się, czy lepiej pobiec na przebój, czy dyskretnie zakradać się, zmylić strażników, czy uśpić ich czujność, czy biec już teraz, czy czekać na odpowiedniejszy moment - to myśli, za które dziękuje Puckonowi. Wspaniały klimat i cudna zabawa.


Strategia

I kolejna gra, która jest w Trójmieście zarówno tradycją, jak i legendą. Dwie bazy pełne flag, dwie drużyny pełne żołnierzy o różnych funkcjach i umiejętnościach. Wygra ten zespół, który lepiej zdoła rozdysponować swoje atuty, wykaże się szybkością, zwinnością, umiejętnością wspólnego działania, odwagą i zaciętością. W tej grze trzeba solidnie się nabiegać, żeby minąć strażników i sięgnąć po flagę. Aby było jeszcze ciekawiej, gracze mają różne funkcje i możliwości - dodaje to grze pikanterii i zwiększa szanse na kombinowanie, które jest niezbędne do zwycięstwa.


Podsumowanie


To oczywiście nie wszystkie punkty programu, ale już one wystarczają, żeby określić Puckon mianem świetnego konwentu. Oprócz tego odbywało się mnóstwo innych zabaw - kultowy konkurs dźwiękonaśladowczy, pokaz mega kwaśnych filmów o zombiakach, film instruktażowy "Duck and Cover", dwa inne LARPy, Dzień Jajka (bogata galeria), oraz otwarty non - stop, świetnie wyposażony games room to tylko niektóre atrakcje uzupełniające. Ostatnie trzy dni minęły mi z prędkością błyskawicy, i mimo, że boli mnie każdy mięsień, to chcę więcej.

Trójmiasto pokazało po raz kolejny, że RPGowcy z tych okolic są świetnie zgrani, otwarci na niestandardowe zabawy i odporni na "nerdostwo". Na Puckonie każdy czuł się dobrze - i lokalni "fejmusi" i ci, którzy widzieli resztę fandomu po raz pierwszy. Wszyscy uczestnicy byli równi, każdy bawił się z każdym, i nikt na nic nie narzekał - kto pokaże mi drugi taki konwent, o którym można powiedzieć to samo?

Z ręką na sercu stwierdzam, że Rewolucja udała się niezmiernie - zwłaszcza jak na krótkie przygotowania. Przyniosła wybitną zabawę pięćdziesięciu osobom, które jeszcze długo będą wspominać poszczególne gry i motywy.

Jeśli kogokolwiek zainteresowały wspomniane powyżej gry to informuje, że to wszystko - i jeszcze więcej - będzie można znaleźć na konwencie Hardkon, który zacznie się 8 sierpnia 2008. Przygotowuje go ta sama ekipa, która ma na sumieniu Puckony. Serdecznie zapraszam wszystkich tych, którzy na konwentach szukają świetnej zabawy, przyjaciół, klimatu, wysiłku i śmiechu, odradzam go zaś tym, którzy sami zaliczają się do konwentowej "elyty" i ważniejsze od atrakcji jest dla nich to, aby inni chylili przed nimi czoła w uznaniu ich fejmusowości - gdyż w Trójmieście "organizator od uczestnika różni się tylko kolorem plakietki".